Zasłużyć na miłość

Jakiś czas temu odbyłam burzliwą, lecz niezwykle pouczającą dyskusję, która zainspirowała mnie do podjęcia tego tematu.

Znam sporą grupę osób, które żyją w przekonaniu, że na czyjąś miłość muszą sobie zasłużyć!

Obserwując swoje zachowanie, doszłam do wniosku, że istnieje spore prawdopodobieństwo, graniczące wręcz z pewnością, że i ja do tego zgromadzenia nieszczęśników należę.

Aby się o tym przekonać, postanowiłam zrobić sobie coś w rodzaju psychologicznego quizu pt. „Czy żebrzesz o miłość?” i odpowiedzieć na kilka pytań, które, być może kalecząc dotkliwie moje wnętrzności, wywleką na światło dzienne całą nagą, trzęsącą się ze strachu, prawdę.

I jeśli chociaż na jedno z nich odpowiem twierdząco, to znak, że czas zacząć się leczyć. I to w najlepszej klinice psychiatrycznej.

  • Czy przypadkiem nie zadręczam moich bliskich swoją nadopiekuńczością, zatruwając im życie nadmierną troską?
  • Czy zamiast rzucić czasem krwistym, soczystym mięsem, trzymam język za zębami tylko dlatego, żeby ktoś się na mnie nie obraził?
  • Czy rozmawiając z kimś „ważnym”, kto mnie krytykuje czy obraża, nie ślizgam się czasem po śladach kapiącej wazeliny, którą akurat aplikuję mu doodbytniczo, pragnąc jednocześnie całym swym jestestwem, żeby się drutem kolczastym zesrał?
  • Czy rezygnuję z wyrażania własnych opinii w obawie, że za chwilę zobaczę skierowany w moją stronę, wyniośle sterczący środkowy palec, a drugi, wskazujący, skierowany w stronę drzwi?
  • Czy, gdy coś spontanicznie zrobię lub powiem, dopatruję się w oczach najbliższych, oznak potępienia i klątwy wieczystej?
  • Czy zgadzam się robić rzeczy, na które nie mam ochoty, bojąc się dożywotniego wygnania ze stowarzyszenia wzajemnej adoracji?
  • Czy sonduję bliskich przewrażliwionymi mackami zmysłów, doszukując się w ich zachowaniu lub spojrzeniu, najmniejszych symptomów niezadowolenia, złości czy dezaprobaty?

I, uwaga, ostatnie:

  • Czy umieszczając jakiś rysunek, obraz, film czy tekst w mediach społecznościowych, sprawdzam kilka razy dziennie ilość „lajków”, serduszek, pochlebnych komentarzy, zasięg moich wypocin, ilość udostępnień i wszystkich innych oznak aprobaty i uznania?

No. Podliczyłam wynik. Sprawa jest ciężka…

Może jednak spróbuję wyleczyć się sama, nie smarkając w rękaw przystojnego łapiducha zajmującego się „kurzęcymi” móżdżkami i nie stosując wysokoprocentowych, owocowych suplementów lub niderlandzkich ziółek?

Bo czy na miłość Boską, na miłość naprawdę trzeba sobie zasłużyć?

A gdzie tam!

Przecież są też tacy, którzy są kim chcą, mówią co chcą, robią co chcą, nie starają się być poprawni politycznie, wyrażają własną opinię bez obawy przed linczem, a mimo to mają wokół siebie osoby, które ich kochają! Które ich na rękach noszą, które zabiegając o ich uwagę i miłość, skandują słowa uwielbienia w poddańczym geście!

I tu jest chyba pies skomlący pogrzebany.

Dokonałam więc wiekopomnego odkrycia:

Chodzi o to, by kochając kogoś, kochać jego istotę, duszę, a nie osiągnięcia, sukcesy, wygląd zewnętrzny czy wybujałe ego.

I to kochać sercem, a nie umysłem.

Nie oczekiwać też od nikogo podziwu, uznania, poklasku i aprobaty, żeby czuć się kochanym.

Ani nie mieć intencji, że ktoś będzie mnie lubił, kochał i okazywał miłość w jakiś określony sposób.

Dlatego postanawiam pracując robić to, co sprawia mi przyjemność, nie porównywać się i nie rywalizować.

Robić to, co do mnie należy i usuwać się na bok.

Działać i niczego nie oczekiwać. Żyć i nie starać się wszystkiego kontrolować. Kochać przede wszystkim siebie i z miłości do siebie nie robić krzywdy sobie i innym. Mówić o sobie dobrze i nie słuchać wewnętrznego krytyka, który zawsze cicho szepcze do ucha: Co ludzie powiedzą?

Ludzie zawsze będą coś mówić. Po co się więc tym zadręczać?

Szukając pochwał u ludzi stajesz się ich więźniem.

A “jeszcze się taki nie urodził, kto by każdemu dogodził.”

The end.

1 komentarz do “Zasłużyć na miłość”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry