Zapier***ć trzeba

Zdarza się czasem, że nic mi się nie chce. Najczęściej wtedy, kiedy wydaje się, że pracy jest najwięcej. Mam wtedy ochotę wejść pod kołdrę, wtulić głowę w poduszkę i spać. Bo czy naprawdę wszystko musi być zrobione właśnie teraz? I czy w ogóle musi być zrobione?

Czy świat się skończy, jeśli natychmiast nie umyję tych garów, nie odkurzę podłogi, nie przytaszczę tych siatek pełnych żarcia, nie powycieram kurzu, nie poskładam prania z suszarki, nie upiorę tych gaci osranych, nie zrobię kolacji, nie namaluję obrazu i nie napiszę ani słowa w tym pamiętniku?

Czy to wszystko jest naprawdę aż takie ważne?

A może dobrze by było, widząc że kurz leży, też sobie poleżeć?

Albo pójść za przykładem garnków odpoczywających w zlewie, pod ciepłą kołdrą z resztek obiadu i też odpocząć raz a porządnie?

A jakby tak powiedzieć domownikom, że od tej chwili wszystko im wolno?

Że wolno im prać swoje śmierdzące skarpety, sprzątać po sobie, prasować swoje koszule, robić tony zakupów, przygotowywać samodzielnie papu, myć oszczany kibel i wychodzić z tym wyliniałym kundlem na spacer…

Czy to nie będzie zbyt wielka demoralizacja i samowolka?

A co się stanie, jak oni rzeczywiście zaczną z ochotą to wszystko robić i ja przestanę im być potrzebna??? Strach się bać!

Taka mała dygresja…

Mój starszy syn miał na mnie sposób, gdy się wściekałam podczas sprzątania i pytałam wkurzona dlaczego rozrzuca wszędzie te swoje skarpetki.

Odpowiadał wtedy: żebyś się czuła mamo potrzebna.

Serio? Aż tak o mnie dbał?

A na moje pytanie dlaczego tylko ja zawsze myję ten kibel, odpowiedź brzmiała: bo tylko tobie przeszkadza, że jest brudny.

Dwa-zero dla mojego dziecka.

***

Ciekawe jakby to było, wypielęgnować tak porządnie swojego lenia, zaczynając dzień od spokojnego śniadanka podanego do łóżka, na wiekowej tacce, przyozdobionej kwiatuszkiem zwiędniętym w ubitym zielonym dzbanuszku?

Jakby to było, po śniadanku napić się gorącej kawuni z ulubionego kubeczka z wieżą Eiffla, nie robiąc przy tym w głowie listy zadań na dziś, niecierpiących zwłoki?

Jak bym się czuła, gdybym mogła rano wziąć długą kąpiel w pachnącej pianie o zapachu leśnego runa, nałożyć sobie glutowatą maseczkę z wnętrzności ślimaka na spragnioną wilgoci twarz, usunąć z nóżąt tę całą zbędną sierść, wysmarować się czekoladą od stóp do głów, zawinąć się w kokon z folii spożywczej i przez trzy godziny wizualizować sobie, jak z pokrytej cellulitem pulchnej poczwarki, zamieniam się w pięknego, eterycznego, kolorowego motyla?

A potem, gdyby ktoś zechciał ze mnie tę całą czekoladę… Hmmm…

Prrr, szalona! Posuwasz się za daleko!

Po takim poranku mogłabym pójść na długi spacer (nie robiąc po drodze zakupów i nie załatwiając nic na poczcie, niby przy okazji) i delektować się samotnością, ciszą i spokojem. Mogłabym usiąść na ławce w parku, poczytać książkę i cieszyć się promieniami słońca pieszczącymi czule, moją zmęczoną, ale dogłębnie nawilżoną twarz.

Potem, wróciłabym do domu, gdzie czekałby na mnie pyszny i pożywny obiad, składający się ze smakowitej zupki chińskiej o smaku starego kocura cuchnącego deszczem, zestawu „hepimil”, obiecującego szczęście w postaci bujnych krągłości, a także deseru w formie wodnistej, ale jakże słodkiej chwili.

Nie jestem wprawdzie pewna, czy ta eksplozja smaków nie rozerwałaby mi tyłka, ale mogłabym się dla takich luksusów poświęcić.

Co mogłabym po takim ekskluzywnym obiedzie robić?

Oczywiście położyć się na chwilę na tak zwane sadełko.

Niech rozkoszuję się tym, że skwarki cholesterolowe omaszczają moje żyły, niech poczuję jak porywiste wiatry dźwięcznie szaleją w mych jelitach, niech wznoszące się falami ciśnienie, ozdobi me blade lico cudnym pąsem!

Tak! Wreszcie czuję, że żyję!

Jeszcze nie nadszedł wieczór, a mój leń zaczyna się wiercić. Już mu przestaje być wygodnie. Już ma ochotę coś zrobić!

Już umysł zaczyna skandować rytmicznie słowa bardzo nieprzyzwoite:

Za-pier-da-lać trzeba, za-pier-da-lać trzeba, za-pier-da-lać trzeba…!

O nie! Nie poddam się tak łatwo!

Jak pielęgnować lenia to porządnie i konsekwentnie!

Przeciągam się więc zmysłowo z cichym mruknięciem na kanapie i sięgam po pilota od telewizora.

Ktoś przynosi mi herbatkę, podusię i kocyk, ktoś zmywa naczynia po obiedzie – wnioskuję to z dobiegającego z kuchni plusku wody i pobrzękiwania naczyń przy akompaniamencie bluzgów, ktoś wiesza pranie na suszarce – matko jedyna, przecież te precle z majtek nigdy nie wyschną (!), a jeszcze ktoś inny przygotowuje kolację – zapach spalonej cebuli aż szczypie w oczy.

A ja, włączam sobie TV i patrzę z z podziwem, jak pewna znana celebrytka, trzepiąc histerycznie plastikowymi blond lokami, obrzuca inwektywami spoconego i zdenerwowanego, uwijającego się jak w ukropie kucharza.

Przełączam kanał. Reklama. Uśmiechnięta, zgrabna pani domu zasuwa z najnowszej generacji, myjąco-odkurzająco-susząco-robiącym loda odkurzaczem.

Na kolejnym kanale, rozpromieniona panienka w ogrodniczkach, tapetuje sama (!) sypialnię w czyimś wypasionym domu, z gracją machając maleńkim pędzelkiem przed nosem gburowatego stolarza.

Dalej, starsza pani z modną fryzurką i w ślicznym fartuszku, pyta z troską swojego męża, czy jajecznica ma być na pewno na podwójnym boczku i czy aby jego delikatna wątróbka na tym nie ucierpi…

To fascynujące czego producenci nie wymyślą, żeby sprzedać swoje wypociny! Następna reklama. O! To coś dla mnie!

Oglądam z rosnącym zainteresowniem scenkę gdzie wściekła jak osa, rozczochrana, zahukana kura domowa z wiszącymi u szyi zasmarkanymi dziećmi, rozmawia przez telefon, mieszając jedną ręką coś w kipiącym garnku, drugą układa talerze na stole, próbując go artystyczne nakryć. Równocześnie, jedną nogą buja wózek z wrzeszczącym niemowlakiem, a drugą próbuje odpędzić śliniącego się z radości psa, chcącego zeżreć z podłogi pieczonego kurczaka, którego właśnie jedno z rozbrykanych pacholąt zrzuciło z półmiska. Cud, że się przy tych akrobacjach nie przewróci.

Na to wszystko wchodzi spokojny jak kwiat lotosu mąż i pańskim gestem, z dumną miną odkrywcy, wręcza jej maleńkie pudełeczko, wypełnione po brzegi pachnącymi zdechłym kozłem, zielonymi tabletkami.

Ona bierze jedną. I staje się cud!

Jej czoło się wypogadza, z oczu znika obłęd, kolce na grzbiecie się chowają, dzieci przestają wrzeszczeć, zupa wesoło bulgoce w garnku, stoliczek sam się nakrywa do kolacji, pies grzecznie czeka przy swojej misce, a mąż jest jej bohaterem!

Ja pierdolę…

***

Dzień dobiegł końca. Leń wypielęgnowany i zadowolony wyprowadza się, a ja już wiem, że nie muszę tak się starać, tak zasuwać każdego dnia biorąc na siebie wszystkie obowiązki.

Nie muszę sobie dokładać zadań, robić wszystkiego perfekcyjnie i na już, nie muszę tak gnać bez tchu przez życie. Nie muszę nikomu, niczego udowadniać.

Życie i tak będzie się toczyć, a świat będzie istnieć, bez względu na to, czy zrobię wszystko, co miałam zrobić, czy nie.

Przecież za sto lat i tak będzie wszystko jedno!

Ps. 1. Sprawdziłam. Majtki zwinięte w precle schną tylko o dwa dni dłużej.

Ps. 2. Po wypielęgnowaniu lenia Wena z Muzą aż kwiczą, żeby malować i pisać – więc warto się czasem poświęcić dla dobra sztuki.

3 komentarze do “Zapier***ć trzeba”

  1. Wpis bardzo inspirujący, wykonalny gdy dzieci są większe. Czasami też tak mam z tymi przemyśliwaniami , dać sobie na luz, nie przejmować się sprwami na, które nie ma sie wpływu.

    1. Tak, to prawda. Przy maluchach czasem jest to niemożliwe. Miałam dzieci i wiem jak trudno wtedy o siebie zadbać. Ale dzieci na szczęście rosną i nawet się nie zorientujesz kiedy wyfruną z gniazda a wtedy będziesz królową swojego życia 🙂 Pozdrawiam ciepło!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry