Skąd się biorą dzieci. Rozmowy niekontrolowane

Skąd się biorą dzieci, każdy dorosły wie. A przynajmniej powinien.

Pewnie są też tacy, którzy do tej pory nie zgłębili tej wiedzy z jakichś nieznanych mi przyczyn, jednak większość pobierała nauki dotyczące tego zagadnienia już we wczesnym dzieciństwie, zadając rodzicom mniej lub bardziej niewygodne i krępujące pytania.

Czasem też edukacja następowała w przedszkolu lub w szkole, przy entuzjastycznej pomocy kolegów i koleżanek posiadających starsze rodzeństwo, dzielące się z nimi tą jakże ekscytującą wiedzą.

Jeśli ktoś, w okresie szkolnym był już piśmienny, mógł sięgnąć również do książek, skrzętnie schowanych w bibliotece rodziców, jednak nie na tyle dobrze zabezpieczonych, by ich spragniony wiedzy tajemnej nastolatek nie znalazł i z wypiekami na twarzy nie czytał pod nieobecność starszyzny.

W czasach mojego dzieciństwa, w każdym szanującym się domu, biblioteczka podręczna zawierała przynajmniej dwie pozycje o nielegalnej tematyce, należące w tamtym okresie do klasyków. Był to traktat indyjski w sanskrycie, z bardzo interesującymi obrazkami pt. „Kamasutra” oraz „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej.

Moi rodzice takie książki również posiadali, więc ja, mając lat naście, literaturę zakazaną oczywiście znalazłam, dokładnie co do literki przeczytałam, obrazki z ciekawością ogromną obejrzałam, zastanawiając się, do czego niby te książki miałyby moim rodzicielom służyć. Przecież oni nie uprawiają seksu! To nie do pomyślenia! Fujjj, ble, ble, ble, tfu, tfu, tfu! Tacy starzy ludzie tego nie robią. Nie, na pewno nie. A już na pewno nie w takich pogiętych pozycjach! Toż nawet najbardziej wygimnastykowany cyrkowiec by nie podołał! Nie, niemożliwe…

Moje poglądy szybciutko zostały zweryfikowane, gdy sama zostałam rodzicem. Z tej perspektywy sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Otóż zorientowałam się, że „starzy” ludzie seks uprawiają, a nawet sprawia im to większą frajdę niż niejednemu dwudziestolatkowi.

Moje dzieci natomiast, tematyką płci i rozmnażania zaczęły się interesować już w wieku przedszkolnym. Najwcześniejszą edukację seksualną otrzymały w grupie rówieśników, prowadząc bardzo interesujące i pouczające dyskusje ze swymi kolegami, oraz obserwując zachowania innych małolatów, bardziej wykształconych przez starsze rodzeństwo.

Któregoś dnia, po powrocie z przedszkola, podczas wspólnego obiadu, zostałam zaskoczona niusem:

– Mamusiu, a wiesz, że dziewczyny nie mają siusiaków? Michał mi powiedział, że jego brat widział.

– No wiem, że nie mają – odpowiedziałam, prawie krztusząc się zielonym groszkiem.

– A co mają? – padło krępujące pytanie.

Dwie pary oczu patrzyły na mnie z ciekawością, chłonne wiedzy.

O cholera – pomyślałam – jak to teraz zgrabnie powiedzieć, żeby zrozumieli i żeby nie spowodować lawiny kolejnych pytań?

– No? Co mają dziewczyny? – ponaglał malec domagając się odpowiedzi.

Przełknęłam zalegający mi w ustach kęs i odpowiedziałam:

– No cóż… jakby wam to powiedzieć… Otóż dziewczyny zamiast siusiaków mają… dziurki.

– Acha.

Zapadła dłuższa cisza. Tryby w mózgownicach moich dzieci aż trzeszczały, przetwarzając tę niesamowicie intrygującą informację.

Już myślałam, że koniec tematu, że wiadomość została przyjęta, przetrawiona i obejdzie się bez dodatkowych wyjaśnień. Ale nie z moimi dziećmi takie numery! Padło kolejne pytanie.

– Mamusiu, a jak ty jesteś dziewczyną, to też nie masz siusiaka?

– Nie mam – odparłam krótko, modląc się o szczęśliwy finał tej rozmowy…

– A co masz?

Jasny gwint! Dałyby se już spokój te upierdliwe bachory!

– No… dziurkę, jak wszystkie dziewczyny – odpowiedziałam chcąc już zakończyć temat.

I wtedy moje dziecię wstało z krzesła, stanęło przede mną w buńczucznej pozie, oparło ręce na biodrach i zażądało kategorycznie:

– Tak? To pokaż!

No cóż… Nie pokazałam.

Powiedziałam dzieciakowi, że nie ma mowy i, żeby lepiej jadł a nie gadał, bo jak będzie taki ciekawy to kociej mordki dostanie. Wizja posiadania kociej mordki sprawiła, że chłopcy się na chwilę uspokoili, ale to nie był koniec rozmów o sekcie tego dnia.

Po południu zajęli się rysowaniem. Siedząc przy kuchennym stole tworzyli obrazki na zadanie domowe do przedszkola i cicho ze sobą rozmawiali. Ja myłam naczynia i niespecjalnie interesowała mnie ta ich dziecinna wymiana zdań.

W pewnym momencie usłyszałam jednak, jak jeden do drugiego mówi:

– A wiesz co? Michał mi jeszcze powiedział, że Olek seksował się dzisiaj z Elwirą w kantorku.

Ja, zaskoczona, instynktownie reagując, zapytałam:

– Ale jak to seksował?

– No, że poszli razem do kantorka i on ją pocałował. W usta! Fujjj!!!

Ufff… Odetchnęłam z ulgą, że nie będę zmuszona robić w przedszkolu jakiejś krępującej interwencji.

– A poza tym – dodałam, chcąc poprawić polszczyznę mojego syna – nie mówi się „seksować”, tylko „uprawiać seks”.

Natychmiast oboje skierowali na mnie wzrok, a młodszy z prędkością błyskawicy podchwycił temat:

– A ty, mamusiu? Seksowałaś się kiedyś?

– Nie odpowiem na to pytanie – odparłam spokojnie, ledwo powstrzymując się od śmiechu – to są tematy dla dorosłych. Zajmij się lepiej rysowaniem.

Wtedy starszy przychodząc mu z pomocą, ogłosił z miną mędrca niepodważalną prawdę:

– Coś ty, głupi? Jasne, że się seksowała! I to DWA RAZY! Inaczej nas by nie było na świecie!

The end.

1 komentarz do “Skąd się biorą dzieci. Rozmowy niekontrolowane”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry