Rozważania malarki bardzo filozoficzne

„Cogito ergo sum”, co w tłumaczeniu na język polski brzmi: „Myślę, więc jestem”.

Twierdzenie to ukuł, żyjący w XVII wieku, wybitny francuski filozof i matematyk Kartezjusz, twierdząc, że umysł i jego zdolność do myślenia jest warunkiem naszego istnienia.

Niby każdy o tym wie. I większość w to wierzy.

Myślę, więc jestem… Hmmm…

Czyli, że co? Że jak nie myślę, to mnie nie ma? Znikam, nie żyję, ginę jak mara nieczysta, wyparowuję jak kamfora?

Mam na ten temat swoje zdanie, jakże odmienne od Kartezjusza.

Uważam bowiem, że jak NIE MYŚLĘ, to dopiero wtedy JESTEM!

I mam na to niezbite dowody.

***

Pod wpływem myśli budzą się emocje. I to właśnie emocje dają mi informację CZY i GDZIE tak naprawdę jestem. Wygląda to mniej więcej tak:

  1. Myślę, więc się wściekam;
  2. Myślę, więc się boję;
  3. Myślę, więc się frustruję;
  4. Myślę, więc się nad sobą użalam;
  5. Myślę, więc dramatyzuję;
  6. Myślę, więc kąsam;
  7. Myślę, więc nie trawię;
  8. Myślę, więc drapię;
  9. Myślę, więc usycham;
  10. Myślę więc nie sypiam;
  11. Myślę, więc prześladuję;
  12. Myślę, więc się biczuję;
  13. Myślę, więc cierpię;

Jeśli odczuwam te emocje, to na pewno nie jestem.

Nie jestem, lecz podróżuję. Podróżuję w umyśle. Podróżuję w czasie.

W przeszłość – rozpamiętując wydarzenia i sytuacje, których i tak już nie mogę zmienić, lub w przyszłość – fantazjując i wyobrażając sobie co się może stać, jeśli…

(Tutaj mogę wstawić dowolną ilość scenariuszy. Od złamania sobie zęba na skórce od banana, poprzez wsadzenie brzegu spódnicy w rajtuzy i wyjście tak z toalety w miejscu publicznym, po zderzenie meteorytu z ziemią, podczas wręczania mi nagrody Nobla za wybitne osiągnięcia literackie).

Gdy myślę, to mnie TUTAJ nie ma.

Nie maluję pięknego obrazu ciesząc się każdym pociągnięciem pędzla, nie czuję szorstkiej powierzchni płótna ani gładkiej struktury farby, nie widzę kolorów i ich odcieni, nie czuję zapachu farby i orzeźwiającej woni terpentyny…

Nie myję naczyń pieszcząc z czułością miękką gąbką ich gładkich powierzchni, czując ciepłą wodę spływającą mi po dłoniach i zapach lawendowego płynu do naczyń o dźwięcznym męskim imieniu na literę L.

Nie widzę płynących po niebie chmur, nie słyszę szumu drzew, śpiewu ptaków, nie czuję zapachu skoszonej trawy, krowich placków i delikatnego muśnięcia komarzego aparatu kłująco-ssącego na mojej skórze…

Nie leżę też na wygodnej kanapie pod ciepłym kocykiem, delektując się pyszną, aromatyczną kawą i ulubioną książką, słuchając upojnych, kojących nerwy dźwięków cyrkularki sąsiada.

Bowiem…

Prosto z wygodnej kanapy, udaję się w myślach do Jolki na wczorajsze imieniny i kłócę się zażarcie z jej mężem Józkiem o to, kto powinien zostać prezydentem i dlaczego nie on (znaczy Józek).

I niech ten sąsiad przestanie tak napier… (ekhm), tym młotkiem, bo zwariuję!

Myślę, więc się wściekam;

Albo teleportuję się do zeszłego wtorku, układając w myślach te wszystkie cięte riposty, których mogłam użyć w rozmowie z tym pyszałkowatym chu…, sorki, chudym panem z urzędu, żeby mu w pięty zrogowaciałe poszło. Dlaczego ja nie mam takiego refleksu mięsnego, jak baba z warzywniaka?

I czy ten baran z drugiego piętra musi robić akurat teraz remont wszystkich mieszkań w kamienicy? Myślę, więc się frustruję;

Podróżuję też w myślach do przyszłego lata, wyobrażając sobie wypasione wakacje all inclusive w gospodarstwie agroturystycznym w Cycowie pod Wiszniewicami. Ciekawe jak się będę prezentowała w tej nowej, czerwonej kiecce w kwiaty, na tle obornika pod stajnią Matyjowej? Czy aby nie grubo?

Na miłość boską, czy ten idiota naprawdę nie może już przestać naparzać tą szlifierką?

Myślę, więc nie sypiam;

Albo, potykając się o zwoje swojego mózgu, plącząc się w pajęczej sieci nadaktywnych synaps, zastanawiam się, czy jak umieszczę jakiś fantastyczny wpis na blogu, to nie spotka mnie fala hejtu i nienawiści, a wszyscy moi „folołersi” nie odejdą w siną dal, podejrzewając mnie o kalectwo intelektualne?

Myślę, więc trzęsę portkami;

Może i jestem, ale na pewno nie żyję.

Bo gdzie jest ta kanapa wygodna, kawka przepyszna, kocyk cieplutki, książka i ulubiona muzyka? Gdzie ta chwila cudnego, błogiego spokoju?

Była. Dwie godziny temu. Gdy obierałam ziemniaki na obiad.

Ach nie! Nie obierałam ziemniaków! Przecież wtedy byłam w urzędzie i obrzucałam bluzgami chudego pana o zrogowaciałych piętach!

Kiedy więc obierałam te cholerne ziemniaki?

***

Myślę, więc jestem.

Ok.

Tylko gdzie?

„W dupie” – brzmi jedyna słuszna odpowiedź.

3 komentarze do “Rozważania malarki bardzo filozoficzne”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry