„Lepszy na wolności kąsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki”

I znowu to samo życie podrzuciło mi temat. Wczoraj, przeczytałam pewien wpis w mediach społecznościowych. Chodziło w nim o to, że pewna pani, specjalistka od marketingu, zapytana czy udziela indywidualnych konsultacji na tematy związane z doradztwem zawodowym, odpowiedziała, że i owszem, udziela, a cena takich konsultacji to 600 złotych za 60 minut.

Zaczęłam się zastanawiać, czy jest coś, od czego ja jestem superekspertem, z czego mogłabym takich konsultacji udzielać i za jaką kasę.

Pomyślałam sobie, że fajnie by było mieć taką jedną dziedzinę, w której czułabym się arcymistrzem, ludzie spragnieni konsultingu waliliby do mnie drzwiami i oknami, a ja zarabiałabym na tym miliony peelenów na godzinę.

Tymi jakże dziecinnymi i infantylnymi refleksjami obudziłam nierozważnie mojego osobistego, wewnętrznego krytyka, no i się zaczęło!

Że ja to guzik wiem o zarabianiu, że się nie cenię, że bujam w obłokach zamiast stać mocno obiema nogami na ziemi, że co ja niby w życiu osiągnęłam, że pięć lat straciłam studiując malarstwo, że co mi z tego tytułu (tfu!) magistra, skoro nie umiem go wykorzystać i zamienić na dobra doczesne w postaci złotych, błyszczących, polskich monet, no i że najlepiej bym zrobiła zatrudniając się, na przykład, w jakiejś solidnej, państwowej instytucji, gdzie odwalając osiem godzin dziennie, miałabym wyjebane na wszystko, a szeleszczące banknoty regularnie i z wdziękiem, spływałyby do mych magisterskich stóp.

Nie będę się tu rozpisywać o dalszym, skąpanym we łzach mych gorzkich, przebiegu tych burzliwych rozważań, ale powiem jedno: warto było, bowiem wnioski, które z nich wyciągnęłam są dla mnie spektakularne.

Okazało się, że wolę jeść codziennie ziemniaki z kwaśnym mlekiem, zamiast schabowego, sama podcinać sobie włosy, zamiast chodzić do fryzjera, ubierać się w secondhand zwanym „tanim armanim” zamiast w sieciówkach, mieszkać w wynajmowanym mieszkaniu, sprzątając klatkę schodową w zamian za część czynszu, niż robić coś, czego nie lubię i do czego się nie nadaję będąc niewolnikiem spełniającym życzenia nadętego bonza-menedżera z przerośniętym ego, który będzie mi robił wielkopańską łaskę, rzucając co miesiąc jak ochłap wypłatę i dając mi latem parę dni urlopu, ostrzegając uprzejmie, żebym szybko stawiła się z powrotem w pracy, bo na moje miejsce to on ma hoho (!) ile chętnych, młodszych, z lepszym wykształceniem i mniejszymi wymaganiami. A(!), i jeszcze ze znajomością piętnastu języków obcych, w tym perfekcyjnie francuskiego.

Uzmysłowiłam sobie, że dla mnie najważniejsza w życiu zawodowym jest wolność.

Wolność w działaniach artystycznych, wolność w gospodarowaniu swoim czasem i wolność w podejmowaniu decyzji.

I ta wolność jest dla mnie, niestety, ważniejsza od pieniędzy (chociaż nie pogardziłabym sytuacją, w której wolność szłaby z monetami brzęczącymi w parze).

Ponieważ…

Na samą myśl o tym, że ktoś miałby mi dyktować co i jak mam robić, lub co i w jakim stylu pisać czy malować, narzucać mi na siłę godziny pracy, decydować kiedy mogę wziąć sobie wolne, wściekać się, że mam gorszy dzień i nie mogę pracować tak wydajnie jak zawsze, nie pozwalać podejmować samodzielnie decyzji, czy ograniczać mnie w jakikolwiek inny sposób, dostaję klaustrofobii. Nie cierpię odwalać tak zwanych dupogodzin siedząc bezczynnie w biurze i udając, że „zarobiona jestem, panie, po kokardy” a w rzeczywistości nudzę się jak mops grzejąc stołek.

Już tylko wyobrażając sobie taką sytuację, czuję się tak, jakby ktoś chciał zamknąć mnie skrępowaną sznurkiem w ciasnym, dusznym, zatęchłym pomieszczeniu, bez dostępu światła i świeżego powietrza. No tak właśnie mam. I nic nie mogę na to poradzić.

To nie jest tak, że nie jestem w stanie pracować dla kogoś. Mogę. Ale lubię mieć ustalone zasady i decydować o czasie, sposobie i rodzaju pracy, który najbardziej mi odpowiada. Wtedy gdy czuję się wolna – najlepiej pracuję. Jestem skuteczna, twórcza, kreatywna i co najważniejsze szczęśliwa.

Chcę robić to, co kocham! Chcę, by praca sprawiała mi przyjemność, chcę by była zgodna z moimi zainteresowaniami, pasjami i talentami i z tym, co umiem najlepiej.

Czy nie byłoby piękniej i spokojniej na świecie, gdyby każdy robił to, do czego się najbardziej nadaje? Gdyby robił z pasją to, co sprawia mu frajdę, to, do czego został przez Bozię stworzony?

Jak miło by było wejść do sklepu i zastać za ladą uśmiechniętą i szczęśliwą ekspedientkę, która uwielbia to, co robi!

Albo wejść do urzędu i być obsłużoną przez osobę, która jest życzliwa i radosna, bo praca sprawia jej przyjemność!

Lub widzieć pogodną panią sprzątającą wywijającą wesoło miotłą, uśmiechniętą, życzliwą nauczycielkę, przyjaznego lekarza, serdecznego mechanika, zrelaksowanego pracownika korporacji, czy czarującego, dodającego serce do pierogów kucharza?

Świat byłby wtedy idealny. Nikt nie wstawałby w poniedziałek rano z miną męczennika, żeby iść do pracy tylko po to, by odwalić robotę byle jak, wypatrując tęsknym wzrokiem wolnego weekendu.

Nikt nie umieszczałby w piątek na fejsbuku memów przedstawiających skaczącego króliczka z podpisem „piątek, piąteczek, piątunio!”.

Każdy poranek byłby radosny, każdy dzień byłby takim piątuniem, bo wszyscy chodziliby do pracy z przyjemnością, ba! Nie mogliby się doczekać poniedziałku!

Dlaczego więc, ja mam się męczyć w pracy, której nie lubię, która mnie ogranicza, w której czuję się nieszczęśliwa? Czy zarobione w męczarniach okrutnych pieniądze zrekompensują mi mój smutek, niespełnienie, zszargane nerwy, stres, frustrację i przygnębienie? Czy takie życie ma w ogóle sens?

Jakim ja mogę być pracownikiem, jeśli nie kocham, a nawet choć odrobinę nie lubię tego, co robię? Jakim ja mogę być pracownikiem, jeśli czuję się jak niewolnik, mimo, że dobrze opłacany? Jakim ja mogę być pracownikiem, jeśli podczas pracy myślę tylko o tym, że gdy te osiem godzin wreszcie minie, będę mogła pójść do domu, by zająć się swoją pasją, na którą pewnie i tak nie będę miała wieczorem czasu i siły?

Mam tylko jedno życie. JEDNO.

Wiem, to wszystko nie jest takie proste. Są tacy, którzy pracują nie patrząc na to, czy to sprawia im satysfakcję, mówiąc, że nie mają wyjścia. Zachowują się jak zombie. Idą do roboty, robią swoje, wracają do domu i tak dzień w dzień, przez całe lata, aż do usranej śmierci. Nawet się nie zastanawiają, czy są tam szczęśliwi, czy nie. Pracują, bo tak musi być i już. Każdy pracuje. A kto nie pracuje albo wydziwia, to leń śmierdzący jest i tyle. Szczęście i praca? Przecież to niedorzeczne!

Bo praca nie jest po to, by być szczęśliwym, tylko po to, żeby zarabiać pieniądze!

A one, jak wszyscy wiedzą, szczęścia nie dają.

Mój szczęśliwy, bo zarabiający na swojej pasji brat zawsze mawia: Siostra, praca jest dla biednych (a szkoła dla głupich).

A tej śmiesznej malarce, to w dupie się chyba poprzewracało. Jak jej tak źle, to niech się idzie leczyć do psychiatry, albo zapisze się na terapię, do nieszczęśliwego psychoanalityka, który pewnie po kilku miesiącach z takimi jak ona wariatami nienawidzi swojej roboty. Oni przynajmniej na niej zarobią.

I to całkiem nieźle, bo przecież godzina pracy takiego eksperta słono kosztuje.

Sprawdziłam.

Przynajmniej 180 złotych za 60 minut.

To jest dopiero biznes!

Może więc i ja, artystka malarka, mająca ogromne doświadczenie w unikaniu pracy ogólnie męczącej, niedającej satysfakcji i niezgodnej z upodobaniami, mogłabym doradzać tym zniewolonym, zgnębionym, uciemiężonym, zestresowanym, ale za to majętnym duszom, co mogłyby zrobić, gdyby ewentualnie, któregoś dnia, zamarzyły być nieco biedniejsze, ale za to wolne i niewymownie bardziej szczęśliwe?

Jak tylko znajdę odpowiedź na to pytanie i najlepsze, według mnie, rozwiązanie, ogłoszę się autorytetem. I będę sprzedawać swoją wiedzę po 300 złotych za godzinę. Rzekłam.

Ps. Niedawno jedna moja uczennica zadała mi pytanie: „A gdzie pani pracuje, jak pani nie prowadzi lekcji malowania?” Odpowiedziałam, że malowanie i uczenie malowania to moja praca. „O ja….! A ja myślałam, że to nie jest praca! Też bym tak chciała!”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry