Cukierek czy psikus?

Pewnego dnia, kilka lat temu wydarzyło się coś, czego się kompletnie nie spodziewałam. Zostałam Kwiaciarką! Właściwie to powinnam dumnie powiedzieć – Florystką. I stało się to tylko dlatego, że na pewnej „fejsbukowej” grupie dla poszukujących pracy, zamieściłam ogłoszenie, że szukam pracy jako instruktor zajęć artystycznych, że jestem osobą kreatywną i pracowitą i że chętnie podejmę współpracę z pracowniami lub placówkami prowadzącymi warsztaty malarskie, plastyczne lub rękodzielnicze.

Pod tym ogłoszeniem, dla przyciągnięcia uwagi, wstawiłam krótki filmik, na którym pokazuję jak namalować obraz przedstawiający maki na łące…

Co ma florystyka do wiatraka? Nie wiem. Może to przez te maki i łąkę? W każdym razie propozycję pracy dostałam, bezmyślnie przyjęłam i byłam z tego powodu bardzo zadowolona.

Chociaż nie bardzo wiem, z czego się cieszyłam, bo o kwiatkach wiem tylko tyle, że rosną, są w różnych odcieniach zieleni i od czasu do czasu potrzebują podlewania.

I nie miałam pojęcia jak sobie poradzę, bo w życiu udało mi się zamordować paprotkę, storczyka, jukę i połowę kwiatków mojej sąsiadki, która wyjeżdżając na kilka tygodni, zostawiła mi swoje biedne, niewinne stworzenia na pożarcie. To znaczy pod opieką.

Nie miałam też żadnej wiedzy na temat robienia kompozycji kwiatowych, układania bukietów ani które kwiaty się gryzą, a które lubią. Nawet nie wiem do dziś, jak się niektóre z nich nazywają!

Czy więc nie postąpiłam zbyt pochopnie, wskakując radośnie na głębokie wody świata flory?

I czy osoba, która zgodziła się mnie przyjąć do pracy miała świadomość, na co naraża swój zielony i żywy (jeszcze) inwentarz?

No cóż, jakoś musiałam sobie poradzić i wszystkiego się nauczyć, co uczyniłam z przyjemnością, bo uczyć to ja się akurat lubię.

Skoro zmieniły się nagle zasady gry, to ja się pokornie dostosowałam. Mam w tym dostosowywaniu wprawę, ponieważ, od początku mojego pobytu na ziemi, bez względu na to, jakie miałam plany, życie i tak układało scenariusz po swojemu.

Mam w związku z tym, ogromne doświadczenie w ustawianiu nowego kursu na mojej busoli, bo wiem, że jest dokładnie tak jak stare, mądre przysłowie mówi: „Człowiek planuje, Pan Bóg żartuje”.

Żartowniś Pan zaczął bawić się ze mną w kotka i myszkę, już w dniu moich urodzin.

Planowo miałam się pojawić na tym łez padole w październiku, a powitano mnie już w sierpniu. Moim narodzinom towarzyszyły podobno niezwykłe wydarzenia. Było zaćmienie księżyca, straszna burza z piorunami, jakiś ważny mecz koszykówki (czy siatkówki?) i była to rocznica spuszczenia bomby na Hiroszimę…

Skoro urodziłam się w takich okolicznościach, to jak moje życie miało toczyć się potem normalnie?

Rodzice spodziewali się chłopczyka i zaplanowali dać mu na imię Mieszko. Okazało się jednak, że jestem dziewczynką (taki psikus!).

Miałam być odważna i przebojowa, a byłam nieśmiała i niepewna siebie.

Planowałam (a właściwie to moja mama planowała za mnie) po szkole podstawowej dostać się do liceum plastycznego i zostać wielką artystką, a dostałam się do technikum mechanicznego. Na szczęście nie zostałam mechanikiem samochodowym (nie wiem, czy do upapranej smarem twarzy by mi było, w niebieskim kombinezonie, z kluczem nasadowym w ręku), bo przeniesiono mnie do ogólniaka, za co jestem szczerze wdzięczna tym, którzy to uczynili.

Matura też nie poszła mi tak, jak planowałam, bo – jak powiedziała złośliwie moja urocza pani od rosyjskiego – „z pustego to i Salomon nie naleje”. Ruski oblałam zgodnie z zapowiedzią mojej nauczycielki (wykrakała) a potem zdałam poprawkę. Nigdy nie byłam geniuszem językowym a ruskiego do dziś nie umiem i go szczerze nie lubię. Ale maturę mam!

Poszłam do studium księgarskiego, bo planowałam zostać bibliotekarką, lecz już na pierwszym roku dostałam od życia prezent.

Okazało się, że spodziewam się dziecka. Surpraaajs!

Po wakacjach chciałam wrócić do nauki, jednak Ojciec nasz Prześmiewca wykazał się, mistrzowskim wręcz, poczuciem humoru. Zaplanował dla mnie powtórkę z rozrywki. Huehuehue!!!

Miałam już dwie „kinderniespodzianki”!

Zmieniłam więc kurs, ponownie ustawiłam żagle i miałam płynąć spokojnie po morzu życia długo i szczęśliwie jako matka i żona.

– Chciałaby dusza do raju! – usłyszałam szyderczy śmiech dochodzący z niebios – Nie ma takiej opcji!

Po jedenastu latach małżeństwa zostałam szczęśliwą rozwódką. Mąż znalazł sobie ładniejszą i mądrzejszą. I dobrze.

Miałam za swoje, bo podobno dobra żona po pięciu latach sama odchodzi. Byłam złą żoną i nie odeszłam, kiedy był na to czas więc eksmąż sam zdecydował. Geniusz!

No to ja znowu, żagle na maszt i zmiana kursu!

Teraz byłam samotnym żeglarzem z dwoma nieletnimi majtkami na pokładzie.

Myślałam, że znajdę sobie jakąś samotną wyspę i się na niej rozgoszczę. Ale, Żartowniś Pan postawił na mojej drodze innego samotnego żeglarza i postanowiliśmy popłynąć dalej. Mieliśmy żyć długo i szczęśliwe, ale… Pon Bucek znowu miał inny plan.

Samotny Żeglarz po 15 latach wspólnej podróży po oceanie życia został wezwany przez Najwyższego do Krainy Wiecznych Łowów.

Odchorowałam to bardzo, po ponad roku pożegnałam przeszłość i postanowiłam iść dalej. Sama. Nieletni majtkowie w między czasie stali się dorośli i opuścili wspólny okręt. Teraz żeglują swoimi jachtami po szerokich wodach i niech im sprzyjają dobre wiatry.

Przez jakiś czas na moim oceanie było cicho. Żadnych złych wiatrów, żadnych burz, żadnych fal… Flauta.

Żyłam sobie spokojnie, robiłam co chciałam, mieszkałam, gdzie chciałam i jak chciałam, byłam panią swojego życia (żart).

Aż tu nagle…

Dziwnym zbiegiem okoliczności, a może za sprawą Tego-Który-Wszystkim-Zarządza, na mojej drodze stanął Samotny Niedźwiedź i nie, nie zażarł mnie. Zaprosił mnie do swojej gawry, otoczył opieką i obdarował swą niedźwiedzią miłością. Jesteśmy teraz razem. I mamy żyć długo i szczęśliwie. Taki mam plan. Już słyszę jak Ten-Na-Górze się ze mnie śmieje. A śmiej się Wszechmogący na zdrowie! Mam nadzieję, że bawisz się równie dobrze jak ja.

Czy da się więc cokolwiek w życiu przewidzieć? Czy nie lepiej odpuścić i pozwolić rzeczom dziać się po swojemu?

Dzięki tym doświadczeniom wiem, że nie muszę się z tym upartym, Rajskim Koniem kopać. Bo wyjdę z tej potyczki poturbowana, a nic nie wskóram. Nie muszę planować, kombinować i martwić się o przyszłość. Bo wszystko w moim życiu pojawia się samo, niespodziewanie i dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebuję (czy aby na pewno?).

I znowu słyszę, jak Niebieski Figlarz, mrugając do mnie okiem, zaczepnie pyta: „To jak? Cukierek czy psikus?”

3 komentarze do “Cukierek czy psikus?”

  1. Witam
    Widzę, że życie mówiąc potocznie nie oszczędzało i dawało lekcje i doświadczenia. Pięknie napisane i ciekawie,z humorem. Trochę jakbym o sobie czytała. Ja po drodze pokonałam raka piersi i rozwiodłam się po 40 latach małżeństwa. W szkole nauczyciele mówili mi że z tej mąki nie będzie chleba zostawili mnie w 3-ej klasie liceum. Dzisiaj jestem szczęśliwa ,pełna radości i miłości, nie mam negatywnych emocji wobec tych ludzi, stanęli na mojej drodze w jakimś celu. Skończyłam położnictwo i pracuję w Klinice Pediatrii, umię się sobą zaopiekować i bronię swojej przestrzeni jak wojownik.
    5 lat temu zaczęłam malować, jestem amatorką, w ubiegłym roku skończyłam studia podyplomowe na Uniwersytecie Artystycznym . Dużo maluję i ciągle się uczę i odkrywam też siebie.
    Jestem wdzięczna tym nauczycielom, bo dzięki nim nauczyłam się walczyć o siebie i wiele osiągnęłam.
    Pani Kingo jest Pani niesamowitą Istotą i ma Pani odwagę pisać o sobie pięknie i humorystycznie,Jestem pod wrażeniem.
    Życzę Pani wszystkiego najlepszego z szacunkiem Małgorzata Wiśniewska.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry