Co nagle to po diable

Jestem osobą znaną ze swojej flegmatycznej natury.

Słowo „szybko” nie istnieje w moim codziennym słowniku. Wyparłam je. Gdy ktoś do mnie mówi, że trzeba coś zrobić szybko, zjeżam się okrutnie i robię coś zupełnie przeciwnego. Na polecenie „zrób to szybko” odpowiadam: „Ja tylko jedną rzecz robię szybko. Szybko się męczę”.

Co ciekawe, zawsze wszystko robię na czas, w terminie i nigdy się nie spóźniam z własnej winy. Zdarzają się sytuacje, ode mnie niezależne, ale jeśli tylko coś zależy tylko ode mnie, zawsze zdążam.

Niestety, czasem trzeba się z czymś sprężyć. Wtedy wpadam w panikę i wszystko leci mi z rąk. Bardzo mnie to stresuje. Nie potrafię pracować pod presją czasu, gdy ktoś nade mną stoi i mnie popędza. Czując jego oddech na moim karku, mam ochotę pieprznąć wszystkim i niech sobie sam robi!

Dlatego, gdy jestem zmuszona zrobić coś na termin, ustalam „dedlajn” na tyle odległy, by mieć komfort pracy w swoim ślimaczym tempie. Zresztą słowa „deadline” też bardzo nie lubię. Przecież w wolnym tłumaczeniu oznacza Linię Śmierci! A mnie do grobu z przepracowania i pośpiechu niespieszno. Bo gdzie tu gnać? Gdzie pędzić, gubiąc po drodze spokój i radość życia? Gdzie lecieć na złamanie karku? No właśnie.

Gdy byłam nastolatką i chodziłam do liceum, mieszkałam u swojej cioci w Krakowie. Ciocia była osobą niezwykle energiczną, wszystko robiła w pośpiechu, jakby się bała, że zaraz będzie koniec świata i ona nie zdąży obrać tych cholernych ziemniaków, podać wujowi obiadu, polecieć na bazarek po sałatę, wyprać gaci, zanieść prania do magla, odwiedzić sąsiadki, popędzić do pracy na drugim etacie i Bóg wie co jeszcze…

A ja, osoba niezwykle spokojna i powolna żyłam w swoim, zgodnym z naturą, żółwim tempie. Wstawałam sobie rano dwie godziny wcześniej, brałam relaksujący prysznic, leniwie jadłam śniadanie, spokojnie szykowałam się do szkoły, bez pośpiechu pakowałam książki i zeszyty, powoli się ubierałam i wychodziłam na autobus. Szłam sobie niespiesznie, noga za nogą, ciesząc się porankiem.

Ciocia natomiast, patrzyła na mnie przez okno i szlag nagły ją trafiał. Skąd to wiem?

Bo któregoś razu, gdy wróciłam ze szkoły powiedziała:

– Gdy tak obserwuję cię rano przez okno jak powoli idziesz, to mam ochotę za tobą wybiec i kopnąć cię w zadek, żebyś przyspieszyła. Matko kochana, jak można tak żyć! Jak można tak powoli chodzić! Kobieto, obudź się wreszcie!

Dokąd się mam spieszyć? I tak dla wszystkich meta jest w tym samym miejscu. I tak wszyscy kiedyś do niej dotrzemy. Tylko, że ja trochę spokojniej i może, dzięki temu, trochę później.

Nie mam zamiaru z powodu tej gonitwy, wyścigu z czasem, pędu nie wiadomo za czym i rozgorączkowania, przedwcześnie zostać wezwana do Krainy Wiecznych Łowów…

Chcę cieszyć się życiem, jego kolorami, smakami i dźwiękami.

Tego nie da się zrobić w biegu. By to wszystko poczuć trzeba zwolnić, zatrzymać się, przystanąć.

Żyję więc w zgodzie z naturą. Ona działa powoli, a zawsze wszystko jest zrobione na czas. I to z jaką idealną precyzją!

Stosuję też zasadę trzy razy „W”:

  1. Wszystko robię wolno
  2. Wszystko mi wolno
  3. Jestem wolna

„Spiesz się powoli” mówi stare mądre przysłowie. Bo „jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy”.

2 komentarze do “Co nagle to po diable”

  1. W pogoni gubi się „chwilę ” a to z nich zbudowane jest życie. Zwolniłam tempo od roku by żyć świadomie 🥰 Pozdrawiam cieplutko 😊

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry